Parafia Ewangelicko-Augsburska w Olsztynie

Parafia Duszpasterze Aktualności Diecezja Mazurska Ciekawe adresy

 

Do przemyślenia:

 

Co ma mi do powiedzenia Kohelet?


Poszukiwanie życia dobrego, pełnego znaczenia i zadowolenia to jeden z najstarszych tematów religijnych. W judaizmie i chrześcijaństwie mówi się czasem o religii jako o drodze - przewodniczce ku takiemu życiu, jakim powinno ono być.
Dzisiaj jednak zbyt często rozczarowujemy się, kiedy próbujemy znaleźć wskazówki na starych kartach naszej religijnej tradycji. Często mówią one rzeczy bardzo mądre i prawdziwe, ale jest w nich jakaś pewność siebie, której nie podzielamy. Z głębokim przekonaniem mówią o istnieniu Boga, który rządzi wszechświatem i objawia nam swoją wolę. Obiecują nam szczęście, jeśli za Nim pójdziemy, i ostrzegają nas przed konsekwencjami, jeśli się od Niego odwrócimy. Czytamy te zapewnienia, chcielibyśmy im wierzyć, ale przychodzi nam to z trudem. Doświadczenie zbyt często zdaje się im zaprzeczać. Wydaje nam się, że Biblia została napisana dla wiernych, którzy wyraźnie słyszą głos Boga i wszędzie widzą dzieło Jego rąk. Nie wydaje się, by pisano ją dla znękanych, współczesnych dusz, dla sceptyków, dla wątpiących, dla zdezorientowanych. Wierny zawsze powtarza: "Czytaj Biblię, a znajdziesz odpowiedź". Ale niespokojni, poszukujący, sceptyczni czytają ją i znajdują starą księgę, mówiącą o rzeczach odległych od ich problemów. Nie znajdują stycznych punktów między porządkiem dziennym Biblii i swoim własnym, a jej odpowiedzi nie przystają do ich pytań. Czują się jeszcze gorzej, gdy odkrywają, że coś, co jest tak pomocne dla innych, do nich nie przemawia.
Jest jednak w Biblii księga unikalna, odmienna od wszystkich innych. Chodzi o Księgę Koheleta czyli Eklezjastesa. Jest to księga niewielka, w niektórych wydaniach ma zaledwie dwanaście stron, wepchnięta gdzieś na koniec Biblii Hebrajskiej, dokąd już wielu czytelników nie dociera. Ale ten, kto ją znajdzie i przeczyta, zadziwi się. W całym Piśmie Świętym nie ma niczego podobnego. Jest to dzieło zagniewanego, cynicznego sceptyka, który wątpi w Boga i kwestionuje wartość czynienia dobra. "Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? - pyta na samym początku. - Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy." (Koh 1,4) "Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt, bo wszystko jest marnością." (Koh 3,19) "Wszystko widziałem za marnych dni moich: tu sprawiedliwy, który ginie przy swojej sprawiedliwości, a tu złoczyńca, który przy złości swej długo żyje. Nie bądź przesadnie sprawiedliwy i nie uważaj się za zbyt mądrego! Dlaczego miałbyś sam sobie zgotować zgubę?" (Koh 7,15-16)
Czy ktokolwiek inny przemawia w Biblii w ten sposób? Dosłownie na każdej innej stronie Biblia zapewnia nas, że każdy, najmniejszy nawet nasz uczynek, ma znaczenie. Mówi nam, że Boga obchodzi, co zjadamy, z kim śpimy, jak zarabiamy i jak wydajemy pieniądze. Przychodzi Kohelet i powiada nam, że Boga to wszystko właściwie nic nie obchodzi. Bogaci i biedni, mędrcy i głupcy, sprawiedliwi i złoczyńcy nie różnią się od siebie w Jego oczach. Niezależnie od tego, jak żyją, wszyscy się zestarzeją, umrą i wkrótce będą zapomniani. Nie ma żadnego znaczenia, jacy byli za życia.
Czym jest ta księga, która tak zdumiewa współczesnego czytelnika, kiedy się na nią przypadkiem natknie? Trudno ją zrozumieć. Jest w niej jedność tonu, ale nie ma żadnej fabuły czy ciągłego rozwinięcia tematu. Autor przeskakuje z przedmiotu na przedmiot, zaprzecza czasem sam sobie, tu mówi jedno, a na następnej stronie coś całkowicie odmiennego. Niektóre zdania brzmią znajomo: "Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem", "Wszystko ma swój czas, jest czas rodzenia i czas umierania", "Słońce wschodzi i zachodzi", ale trudno zrozumieć księgę w całości.
Niewiele wiemy o człowieku, który ją napisał. Nie znamy nawet jego imienia ani nie wiemy, kiedy żył. Ponieważ sam siebie opisuje jako potomka króla Dawida i władcę Jerozolimy, tradycja przypisuje tę księgę królowi Salomonowi, najmądrzejszemu człowiekowi Biblii. Według żydowskiej tradycji Salomon jest autorem trzech ksiąg biblijnych. Kiedy był młody i zakochany, napisał poemat miłosny: Pieśń nad Pieśniami. Kiedy dojrzał i zajął się zdobywaniem władzy i gromadzeniem bogactwa, napisał pełną praktycznej mądrości Księgę Przysłów. Kiedy się postarzał, jego cynizm i poczucie marności życia znalazły swój wyraz w Księdze Koheleta.
Nawet imię Kohelet (po grecku Ecclesiastes) jest niejasne. O ile wiemy, nikt inny nie nosił tego imienia. Wygląda raczej na tytuł niż na imię (co nie powinno dziwić; starożytni autorzy prawie nigdy nie podpisywali swoich dzieł) i na ogół rozumie się przez to człowieka "przemawiającego podczas zgromadzenia, zwołującego ludzi". Może był nauczycielem, mądrym człowiekiem, który zarabiał na utrzymanie przygotowując synów bogaczy do praktycznego życia? Z pewnością, mimo całego pesymizmu, pobrzmiewają tu tony mentora, który chce przekazać swe doświadczenia młodzieży nie tylko, by pouczyć, ale i ostrzec.
Niezależnie od tego, czy król Salomon jest, czy nie jest autorem tej księgi (język zdaje się wskazywać na znacznie późniejszy okres), wynika z niej jasno, że Kohelet był mądrym człowiekiem w wieku średnim lub u progu starości, który próbował uporać się ze strachem przed starością i śmiercią, bo nigdy nie miał uczucia, że naprawdę żył. Wydaje się desperacko szukać czegoś, co nadałoby jego życiu trwałe znaczenie. Odkryłem Księgę Koheleta mając siedemnaście lat i pokochałem ją od pierwszego wejrzenia. Zachwycała mnie odwaga i uczciwość autora, gdy atakował ortodoksję swoich czasów, wskazywał na hipokryzję i płytkość wielu myśli, które uważane były wówczas za mądrość i pobożność. Fascynowały mnie jego mądre uwagi o życiu i cyniczne komentarze na temat natury ludzkiej. Wydawały mi się głębsze, istotniejsze i uczciwsze niż pobożne zapewnienia w pozostałych częściach Biblii. Sądziłem również, że Kohelet był taki jak ja; pełen idealizmu młody przeciwnik fałszu i głupoty, demaskujący nadęcie i pozory.
Teraz, kiedy osiągnąłem wiek, w jakim Kohelet najprawdopodobniej napisał swoją księgę, zdaję sobie sprawę, jak dalece go wówczas nie zrozumiałem. Przeglądałem się w tej księdze jak w lustrze i widziałem własny wizerunek, obraz idealistycznego nastolatka. Ale autor nie był nastolatkiem. Był zgorzkniałym, zmęczonym mężczyzną, który przekroczył już połowę swego życia. Dostrzegłem wówczas ostrze jego sarkazmu, które przebijało nadęty balon banału. Dostrzegłem jego zamiłowanie do demaskowania pobożnych życzeń i jawnych fałszów, które wkładały na siebie maskę religii. Ale, ponieważ byłem bardzo młody, zupełnie nie zauważyłem paniki, która teraz, kiedy ponownie czytam tę księgę, jest dla mnie oczywista. Jest to księga napisana przez bardzo przestraszonego człowieka.
Kohelet nie jest po prostu nauczycielem mądrości, uczciwszym i bardziej szczerym niż większość innych. Nie jest tylko wrogiem zakłamania i obłudy. Jest to człowiek przerażony, że umrze, zanim nauczył się żyć. Czuje, że nic z tego, co zrobił dotąd, i nic, co zrobi w przyszłości, nie ma żadnego znaczenia, bo któregoś dnia umrze i świat będzie taki, jakby nigdy go w nim nie było. I nie może sobie poradzić z lękiem, że umrze i nie pozostanie po nim śladu.
"Jaki los głupca, taki i mój będzie. I po cóż więc nabyłem tyle mądrości? Rzekłem przeto w sercu, że i to jest marność. Bo nie ma wiecznej pamięci po mędrcu tak samo, jak i po głupcu, gdyż już w najbliższych dniach w niepamięć idzie wszystko; czyż nie umiera mędrzec tak samo jak i głupiec?" (Koh 2,15-16)
Kohelet opowiada w tej księdze dzieje swojego życia. Opisuje swoje sukcesy i porażki, wszystkie sposoby, na jakie próbował osiągnąć sukces i uczynić coś ze swego życia, i wszystkie powody, dla których nie znalazł nigdy odpowiedzi na pytanie: "Jakie to ma na dłuższą metę znaczenie?" O Księdze Koheleta mówi się, że jest najbardziej osobistą księgą Biblii. Prorocy i inni autorzy biblijni opowiadają czasem o swoim życiu, o swoich osiągnięciach i doświadczeniach. Ale nikt inny nie przedstawia swoich najgłębszych obaw i frustracji tak, jak to czyni Kohelet.
Kohelet był najwyraźniej człowiekiem obdarzonym wieloma różnymi zdolnościami. W młodości zdecydował się zbić fortunę i to mu się udało. Pisze: "Dokonałem wielkich dzieł: zbudowałem sobie domy, zasadziłem sobie winnice ... I stałem się większym i możniejszym niż wszyscy, co byli przede mną". (Koh 2,4.9)
Stwierdza jednak, że bogactwo nie jest odpowiedzią. Wie teraz, że może stracić pieniądze równie łatwo, jak je zdobył. Może też umrzeć, i ktoś, kto nigdy na to nie pracował, odziedziczy cały jego majątek. Widział ludzi bogatych, którzy w głupi sposób roztrwonili swoje bogactwa, widział innych, jak chorowali i spędzali ostatnie lata w nieszczęściu, któremu bogactwo nie mogło zaradzić.
"Istnieje niedola, którą widziałem pod słońcem, a która bardzo ciąży człowiekowi: Użyczył Bóg komuś bogactwa i skarbów, i sławy - tak że nie zbraknie mu niczego, czego tylko zapragnie - a tego używać Bóg mu nie pozwala, lecz człowiek obcy tego używa, to marność i przykre cierpienie. Gdyby ktoś zrodził nawet stu synów i żył wiele lat, i dni jego lat się pomnożyły, lecz dusza jego nie nasyciła się dobrem i nawet pogrzebu by nie miał - powiadam: Szczęśliwszy od niego nieżywy płód". (Koh 6,1-3)
Jak wielu bogatych młodych ludzi, Kohelet oddał się zabawom, pijatykom i hulankom, wszelkim rozrywkom, jakie tylko mógł kupić. "Powiedziałem sobie: 'Nuże! Doświadczę radości i zażyję szczęścia!' (...) Niczego też, czego oczy moje pragnęły, nie odmówiłem im. (...) Lecz i to jest marność. O śmiechu powiedziałem: 'Szaleństwo!', a o radości: 'Cóż to ona daje?' " (Koh 2,1.10.1-2) Kiedy był młody, spędzanie czasu na przyjemnościach nie było problemem. Miał przecież, jak wszyscy młodzi ludzie, nieskończoną ilość czasu przed sobą, lata całe, i stać go było na roztrwonienie kilku z nich. Ale w miarę jak robił się starszy i czas stawał się cenniejszy, zrozumiał, że życie spędzone na nieprzerwanej zabawie jest tylko jednym ze sposobów ucieczki od wyzwania, by coś znaczącego z tym życiem zrobić. Zabawa może być przyprawą życia, ale nie może być głównym daniem, bo kiedy przemija, nie zostaje po niej nic trwałego.
Czas, który kiedyś był źródłem jego przewagi nad ludźmi starszymi, staje się teraz jego wrogiem. Zdaje sobie sprawę z tego, że czas zaczyna mu uciekać. Kohelet dał nam te pamiętne wiersze: "Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów." (Koh 3,1-4) Teraz, kiedy osiągnął średni wiek, zaczyna się obawiać, że dobre czasy już są poza nim, że większość dobrych rzeczy, jakie mogą się przydarzyć człowiekowi, już mu się przydarzyły i nadszedł czas płaczu i obawy przed tym, co go jeszcze czeka.
Zamożny Kohelet, który już zostawił za sobą okres hulanek, zwraca się teraz do nauki, w nadziei, że nada sens swojemu życiu. Gdzieś wśród tych wszystkich książek, napisanych na przestrzeni dziejów przez najmądrzejszych ludzi, musi przecież znaleźć się odpowiedź na jego poszukiwania. Czytelnik dostrzega teraz nutę niecierpliwości w słowach Koheleta. Nie pyta on już, co znaczy życie, wyłącznie z młodzieńczej, intelektualnej ciekawości. Pyta: "Co znaczy m o j e życie?", bo obawia się przerażającej możliwości, że to życie niebawem się skończy i nie będzie znaczyło nic. Kiedy poszukiwania wiodą go w ślepy zaułek, reaguje nie rozczarowaniem, lecz wzrastającą rozpaczą. Najgorsza jest świadomość, że śmierć może przyjść w każdej chwili i przekreślić wszystko, na co pracował.
Kohelet decyduje się sprawdzić popularne przysłowie: "Mędrzec ma w głowie swojej oczy, a głupiec chodzi w ciemności". (Koh 2,14) Stwierdza jednak, że o ile mędrzec rzeczywiście widzi wyraźniej, tym, co widzi, jest marność życia. Im jest mądrzejszy, tym wyraźniej widzi niesprawiedliwość i tragedie. Kohelet jest już teraz na tyle stary, że cień śmierci zaczyna zakradać się do jego świadomości i podważać znaczenie wszystkiego. "Na co zdaje się wszystko, co robię, skoro nie może mnie to osłonić przed śmiercią i zniknięciem? Co mi z tego, że jestem mądry, a mój bliźni głupi, że jestem uczciwy, a on jest złoczyńcą? Nasze życie zakończy się w ten sam sposób. Obaj umrzemy i będziemy zapomniani. Cała moja wiedza, wszystkie dobre uczynki umrą wraz ze mną."
Skoro bogactwo i przyjemności nie nadały życiu Koheleta trwałego znaczenia, ponieważ są tak przelotne - dziś są, jutro ich nie ma - to co można powiedzieć o wiedzy? Ludzki umysł jest tak kruchy. Cała ta nagromadzona wiedza może zniknąć nie tylko wraz ze śmiercią, ale i z powodu podeszłego wieku czy choroby. Kohelet widział zapewne swoich własnych nauczycieli, których wspaniała inteligencja ustępowała na starość miejsca gderliwej sklerozie. Po co więc z wysiłkiem zdobywać wiedzę? Bogacz traci swe bogactwa, kiedy umiera, ale mędrzec może stracić swoją mądrość jeszcze wcześniej.
Pozostała jeszcze jedna możliwość. Odnosi się wrażenie, że Kohelet waha się przed jej wypróbowaniem z obawy, że jeśli i to zawiedzie, to nie ma już żadnej nadziei - będzie wtedy musiał stwierdzić, że życie jest nic nie znaczącą marnością. Kohelet po raz ostatni rzuca kości i coraz bardziej przestraszony zwraca się do Boga. Będę pobożny, mówi. Będę przestrzegał nauk religijnych, aby uzyskać spokój i zadowolenie, które religia obiecuje pobożnym i czystym duszom. Jak wielu innych ludzi w jego wieku, spoglądając wstecz na przebyte walki i konflikty, patrząc w niepewną przyszłość, Kohelet staje się na stare lata pobożny. Sięga do wartości ducha, na co nie znajdował dotąd czasu albo był zbyt przemądrzały, aby szukać.
Ale i to go zawodzi. Dowiaduje się, że nawet najwyższy stopień pobożności nie może go uchronić przed śmiercią i lękiem przed nią ani przed zapomnieniem, do którego śmierć prowadzi. Niezależnie od tego, jak pobożnie będzie żył, nie będzie mógł prowadzić z Bogiem przetargu: "Popatrz, jakie wspaniałe i wartościowe jest moje życie. Czy nie leży w Twoim najlepiej pojętym interesie moje dalsze życie, nie zaś moja śmierć i zapomnienie?"
Czy znaczy to, że nie ma odpowiedzi? Czy nasza potrzeba sensu to tylko pobożne życzenie, niesłychana arogancja gatunku, który w rzeczywistości niczym się nie różni od ćmy bez otworu gębowego? Czy jesteśmy tu, na ziemi, przez jedną, krótką chwilę, aby utrzymać gatunek przy życiu i potem ustąpić miejsca następnemu pokoleniu, żeby i ono mogło się rozmnożyć i umrzeć? Czy Bóg umieścił w naszej duszy pragnienie, którego nie ma jak zaspokoić, pragnienie znaczenia i sensu?
Kohelet napisał swoją księgę wiele set lat temu, żeby przekazać nam swoje rozczarowania i frustracje, żeby nas ostrzec przed marnowaniem ograniczonego czasu w sposób, w jaki on go marnował: na złudzenie, że bogactwo, mądrość, przyjemność czy pobożność nadadzą życiu sens. Z narastającą rozpaczą opowiada historię swojego życia, kiedy jedna za drugą drogi wiodły go w ślepy zaułek i zaczynało już brakować lat i alternatywnych dróg. Ale nie napisał tej księgi tylko po to, żeby wyrazić swoje rozczarowanie, a nas wpędzić w depresję. Znajduje wreszcie odpowiedź. Ale jest to odpowiedź zrozumiała tylko dla tych, którzy - jak on - zaznali ślepych zaułków i rozczarowań. Dlatego też mówi o tej odpowiedzi dopiero na końcu swojej księgi.
Jedna z chasydzkich przypowieści mówi o człowieku, który poszedł do lasu na spacer i zabłądził. Godzinami wędrował po lesie, żeby znaleźć powrotną drogę do miasta, wypróbowywał jedną ścieżkę za drugą, ale żadna nie była właściwa. Nagle natknął się na innego wędrowca. Wykrzyknął: "Bogu dzięki, że tu jesteś. Czy możesz mi wskazać drogę do miasta?" Ten drugi wędrowiec odpowiedział: "Nie, ja też zabłądziłem. Ale możemy sobie pomóc w inny sposób. Każdy z nas może wskazać te ścieżki, które już przepatrzył i które prowadziły donikąd. W ten sposób znajdziemy właściwą drogę".
Zanim przejdziemy do wniosków Koheleta, musimy mu więc towarzyszyć w jego wędrówkach po błędnie wybranych ścieżkach i ślepych zaułkach, o których napisał, żeby nas ostrzec. Kiedy nauczymy się, które ścieżki prowadzą donikąd, tak jak on to zrobił z takim bólem i tyloma rozczarowaniami, będziemy przygotowani do znalezienia ścieżki właściwej i powędrowania nią.


 

Powrót do tematów przemyśleń Powrót do strony Parafii

Wydrukuj stronę